|
niedziela, 19 października 2008
Multidimensionmediums
Dwóch jest nas przystojnych wielce Marzec 2001
wtorek, 12 sierpnia 2008
piątek, 08 sierpnia 2008
piątek, 25 lipca 2008
Toilet Paper Diary I
I'd say if you could understand Morse Code, a tap dancer would drive you crazy.
środa, 02 kwietnia 2008
czwartek, 13 marca 2008
poniedziałek, 28 stycznia 2008
wtorek, 22 stycznia 2008
Senkju Donald
No i mamy wreszcie obiecaną Irlandię! Co prawda zaczynamy od pogody, ale zawsze od czegoś zacząć trzeba. Wygląda na to, że politycy w naszym kraju wreszcie zaczęli spełniać przedwyborcze obietnice. Szkoda tylko, że w czasie kampani wyborczej na plakatach czy telewizyjnych spotach Partia O nie zechciała nam wyjaścić, że głosując na nią otrzymamy drugą Irlandię, nie z jej tygrysim ekonomicznym skokiem, ale meteorologiczną katastrofą... Cóż, milo leje za okami naszych domostw, buty taplają się radośnie błocie, a my niczym krewniacy Becketta możemy śmiało zaszywać się w polisz-ajrisz pubach i łykać do woli skwaśniałego Guinnessa. I choć Nic do Irlandii osobiście nie mam, to wolę swojską polską zimę. Z mrozem i śniegiem. Tylko, która partia mi ją teraz da, skoro do najbliższych wyborów jeszcze kilka lat...
wtorek, 08 stycznia 2008
Kozaczysz bejbe? Czyli Ars Fekalia.
Jest w moim mieście taki billboard, na którym bardzo mała pani stoi na ogromnym kozaku. I napis na tym billboardzie mówi tak: „Zakozaczkuj”, co nie oznacza Niczego innego niż udanych zakupów w centrum handlowym, które reklamuje się jako świat Twoich zmysłów. Billboard ten mijam codziennie, kiedy idę rano do pracy. Co rano przypomina mi o on o wielce istotnej sprawie, że nowy rok, który ledwie nam się zaczął to nie tylko kolejne trzysta kilkadziesiąt dni naszego życia, to nie tylko noworoczne postanowienia i plany rozpisane w naszych kalendarzach. Nowy rok to także cztery sezony, cztery nowe kolekcje, kilkaset nowych wzorów, nowe połączenia tkanin. To nowe, nieznane jeszcze masom trendy. To nowy lans i styl, który niebawem przyjdzie nam poznać, pokochać, oblec i koniecznie must have this season! To także kilka posezonowych wyprzedaży, w czasie których przyjdzie nam rozpalić nasze portfele do czerwoności. Doprowadzić limity naszych kart kredytowych do wrzenia w miłosnym uniesieniu wśród metek i wieszaków. To czas czystej miłości w przymierzalniach. Wybuchów namiętnych, jakie powoduje własne odbicie w lustrze obleczone w szałowy ciuch, na jaki nie było nas stać jeszcze kilka tygodni temu, ale teraz możemy go mieć za 30% wartości! Uwierzcie mi, szoping bywa lepszy niż sterydy, koka i czytanie turpistów w blasku czarnych świec wytapianych z koziego łoju. A gdzie może być lepszy szoping niż w Świecie Twoich Zmysłów, zwłaszcza, kiedy zmysły traktuje się po królewsku – Złotym Deszczem spadającym prosto na wasze głowy. Niczym boskie Spa. Być może przyszło wam o tym przeczytać. To właśnie w tym mieście, Wrocławiu, w centrum zmysłów na szopersów spadł z sufitu deszcz fekaliów. Złoty Deszcz i Brązowa Struga, wprost na wybrańców, jak tajemny znak. Cóż oznacza? Dowiedzą się tylko wybrani, co przyjdą zakozaczyć po majestatycznie jasne BiKeje, rajty z gumy, buty z worka, ale z metką, swetry w serek pikantnie różowe i wszystko inne, co jest potrzebne by nigdy nie czuć się Nikim ani Niczym. Więc chodź i pomaluj swój świat na żółto i na brązowo...
poniedziałek, 07 stycznia 2008
niedziela, 06 stycznia 2008
Euro musi być, jak Nic!
Jesteśmy gotowi na Euro 2012, jak Nic! Skąd to wiem? A stąd, że nie tak dawno temu miałem przyjemność jechać Polską Koleją Państwową. Przyjemność nie wynikała z jazdy samym środkiem transportu, który jak na okoliczne standardy był schludny i czysty, ale z towarzystwa, w jakim jechałem. Oprócz mnie i kilkuset spakowanych, jak sardynki w przyciasnej puszcze, jechał sam PanDemonium. Wybraliśmy poranny pociąg aby wrócić do domostw na święta – naiwni myśleliśmy, że będziemy jednymi z niewielu, którzy wpadli na taki pomysł. Jakże się myliliśmy. Myliliśmy również w jeszcze jednej kwestii, że alkohol wypity poprzedniej nocy zdąży wyparować z naszych ciał po kilku (w moim przypadku czterech i pół) godzinach snu. Podstępny bęcwał, nie wyparował. Toteż zmęczeni, wciąż pijani i mocno podekscytowani zbliżającymi się świętami ruszyliśmy w drogę. PanDemonium zaczął podejrzewać, że mogą pojawić się jakieś komplikacje w planowanym dotarciu do domu – obaj pochodzimy z tego samego miasta, zanim zdążaliśmy ruszyć ze stacji początkowej. Pociąg powinien był odjechać ponad 15 minut temu, a wciąż stał na peronie. Dla mnie, przyzwyczajonego do kolei państwowej nie było to żadne novum. Tak tutaj się to odbywa i już. Pociąg rusza wtedy, kiedy może, nie zaś zgodnie z rozkładem jazdy. Żeby zabić czas czekania na start pociągu zaczęliśmy więc licytować się opowieściami z poprzedniej nocy. Chwaliliśmy się na głos, aż pociąg ruszył. Powoli, ospale ruszyła maszyna po szynach. I równie ospale i nieśmiało sobie jechała przez resztę drogi. Za oknami przesuwały się bajkowo-zimowe widoki. Świat przykryty warstwą szronu i śniegu, lśniący w przedpołudniowym słońcu wydawał się być gotowy na Boże Narodzenie. A pociąg sunął bez pośpiechu przed siebie, by w pewnym momencie stanąć i stać. Byłoby miło, bo współtowarzysze mocno rozgrzani atmosferą przeciągającego się opóźnienia zaczęli tryskać pomysłami w ubliżaniu PKP i wymyślaniu historii o ekipie azjatów kładących na bieżąco tory, którymi zaraz ruszymy dalej, ale choć bawiliśmy się setnie, to świadomość, że jesteśmy ledwie czterdzieści kilka kilometrów od domu, stoimy na stacji od kilkudziesięciu minut i nikt nie jest w stanie nam powiedzieć, kiedy pociąg ruszy sprawiła, że wyszliśmy z pociągu. Wyszliśmy prosto na zapomnianą przez ludzi i inne stworzenia stację. Zadzwoniłem do siostry aby okazała litość i miłość do brata, i przyjechała po nas samochodem, co też się stało. A my dzięki PKP zwiedziliśmy lokalny sklep, restauracji zachwalanej przez miejscową i bardzo miłą panią już zwiedzić nie zdążyliśmy i poznaliśmy parę przeuroczych staruszków równie zagubionych w zawiłościach systemu pociągów w naszym kraju, co my. Wszystko to sprawia, że muszę myśleć iż jesteśmy gotowi na Euro 2012, jak Nic. Nasze pociągi nie dowiozą na czas zagranicznych turystów to nieistniejących stadionów. Nie zamieszkają w hotelach, których wciąż nie ma. Nie dojadą donikąd autostradami, bo i tych nie będzie. Ale to żaden problem, dzięki temu kochani turyści zobaczą Polskę z innej perspektywy. Zobaczą małe miasteczka, w których utkną ich pociągi. Przejdą się uliczkami i prawdopodobnie spotkają jakichś miłych ludzi, którzy zgłodniałych i zmęczonych zaprowadzą do lokalnych restauracji, w których zjedzą najprawdziwszy polski obiad, jakiego nam z PanDemonium już nie było dane spróbować. I powiedzą sobie „To Nic. To wszystko to Nic.”
sobota, 05 stycznia 2008
Ewolucja urojona
Z chęcią przeczytałbym „Boga urojonego” bo o tym się mówi. A mówić warto dużo, zwłaszcza jeśli niewiele ma się do powiedzenia. Perfekcyjny stan, to taki, w którym mówi się dużo o Niczym. Warto mówić, warto rozmawiać, o czym wiedzą wszyscy miłośnicy telewizji. Warto rozmawiać, paplać, dywagować, przekrzykiwać się o wszystkim, o byle czym, o Niczym, o Bogu, o złośliwych sąsiadach, pierwszych razach, nieudanych zrazach. Warto wreszcie czytać, a już najlepiej takie książki, o których piszą we wszystkich periodykach typu: „Niezbędnik wykształciucha, emigranta absolwenta, emo płaczka”. No więc przeczytałbym z chęcią „Boga urojonego”, ale czuję dwie straszne przeszkody, które skutecznie nie pozwalają mi się zagłębić w powyższą lekturę. Primo – jakaś taka duża ta książka, a ja mam taki słaby wzrok i z trudnością idzie mi czytanie czegokolwiek co nie jest kolejnym numerem „Party”. Secundo – pamiętacie taki odcinek South Park, w którym Pan Dawkins spółkuje z Panią Garison, która była kiedyś Panem Garisonem? Za każdym razem kiedy w księgarni sięgam po książkę Dawkinsa, przed twarzą staje mi obraz Pani Garison krzyczącej „O yeah, I am a monkey! Get this monkey what she wants! Pale my monkey hole, Richard!” Powiedzcie sami, nie wypada czytać książek, kogoś kto sypia z tak wulgarną kobietą. Mężczyzną? Garisonem. Poza tym osobiście do Boga Nic nie mam, jakiegokolwiek. To w końcu ludzie błądzą i popełniają najgorsze zbrodnie. Bóg choćby i urojony, nie może przecież być taki zły? Od tego jest ten Drugi, prawda?
środa, 02 stycznia 2008
China Bang
To nieprawda, że Świat został stworzony podczas jakiegoś tam BIG BANGU. Świat został wyprodukowany. W Chinach. Czego się nie dotknę, cokolwiek nie należałoby do tego Świata nosi metkę – made in China. Wszystko jest naznaczone chińskim syndromem. Nie jestem pewien co to oznacza i jakie będą tego dalsze konsekwencje, ale pewnie za kilkadziesiąt lat dzieci naszych pociech zostaną wyprodukowane w Kraju Środka. Wszystko będzie mieć tę samą, egalitarną nalepkę – wyprodukowane w Chinach. I wierzcie mi lub nie, ale wtedy spełni się sen o jedności, jaki od tysiącleci śnili nasi naiwni przodkowie. Wreszcie wszyscy będą tacy sami, wszystkim po równo dostanie się taka sama metka. Nie pomylimy się, co do naszych przekonań, pochodzenia, dziedzictwa, korzeni. Nie pobłądzimy w poszukiwaniu własnej tożsamości. Wszyscy jak jeden mąż, nitką na metce będziemy naznaczeni tym samym błogosławieństwem – made in China, i Nic już nigdy nas nie podzieli.
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Orędzie do Narodu
Pamiętam jak dziś, rok temu wykonano wyrok na Saddamie Husainie. Zmarł James Brown, a roztańczony tłum wznosił ku niebu dzikie afro-amerykańskie songi, ja siedziałem w fotelu i nie trzeźwiałem od kilku dni. Potem przyszedł przełom roku i ta noc, na którą się czeka, i której wypatruje się z miesięcznym wyprzedzeniem. Noc, kiedy czuje się dziwne mrowienie pod skórą, bo właśnie podczas niej musi zdarzyć się to Coś. To nieokiełznane i wolne od wszelkiego konwenansu Coś. Karnawał żądz i życzeń. Ta noc rok temu zastała mnie na parkiecie, w dymie, w przeciwpożarowym alarmie, w alkoholu. Niczego co stało się podczas tamtej nocy nie żałuję. Tak samo, jak ostatnich 365 dni. Nie żałuję Niczego. Bo nie ma czego żałować. Kochani, kiedy rozpuście już resztki pobożnych myśli w nieskrępowanej mieszance ulubionego przyjaciela –szampana, chciałbym byście wiedzieli jedno – będzie dobrze, jak Nic! Więc w górę kieliszki, osuszcie pokale, fikajcie koziołki, wpadajcie sobie w ramiona bo Wszystko przed Wami, a Niczego nikt wam i tak zabrać nie może. Mglisty
wtorek, 18 grudnia 2007
piątek, 14 grudnia 2007
czwartek, 13 grudnia 2007
wtorek, 11 grudnia 2007
poniedziałek, 10 grudnia 2007
"Fight for whatever"
O szóstej rano odzywa się dzwon w pobliskim kościele. Nieśmiało wypełniają się ulice. Pierwsi z pierwszych idą w sobie tylko znanych kierunkach. Mleczarze rozwożą mleko, kwiaciarki zgarniają niesprzedane nocą kwiaty. Dnieje aż miło. Minuty przed siódmą dzwony wybijają melodię „Kiedy ranne wstają zorze.” Próbuję przypomnieć sobie słowa tej kościelnej pieśni. Próbuję przypomnieć sobie wszystkie modlitwy, które kiedyś tak gorliwie słałem w niebo. Próbuję sobie przypomnieć po co to wszystko?
No po co?
piątek, 07 grudnia 2007
Tylko nie mówcie nikomu!
Odpowiadając na pytanie gdzie bylismy jak nas nie było, przedstawiam moją wersję. Odwiedziłem naszych sąsiadów, czy raczej, jak się później okazało sąsiadki Mińsku. Byłem tam z grupką wybitnych sportowców, którzy przede wszystkim dbają o uzupełnianie płynnów, by podczas treningów nie odwodnić organizmów. Białoruś to świetne miejsce do tego, ponieważ wszyscy bardzo dbają o swoje ciała i ich kondycję nawadniając je jak pola ryżowe. W ośrodku, w którym przebywaliśmy odbywała się właśnie spartakiada służby zdrowia, a główną nagrodą był telewizor kolorowy 21 cali firmy Sonix. Było o co walczyć. Prócz telewizora nasza uwage przykuła proporcja płci sportowców. Wynik oscylował około 70/30 dla płci pięknej. Jak się wkrótce okazało, również na ulicach te proporcje utzrymywaly się. Ba, wszystkie przedstawicielki większości, były nieziemsko urodziwe, czyli jako żywo płeć piękna. Długonogie, gustownie przyodziane, rozsyłały uśmiechy na lewo i prawo. Czarowały każdego, kto do tego nie przywykł. Do tego turyści są tam rzadkością, stąd moi egzotyczni koledzy, nie mogli się za nic w świecie skoncentrować na zajęciach sportowych. Swój czas głównie spędzali w klubach, gdzie proporcje momentami wzrastały nawet do 85/15.Ufff! W klubach tych panie często musiały tańczyć ze sobą, kupować sobie nawzajem drinki, a nawet robić rzeczy, które w innych krajach robią mężczyźni... do dzisiaj mam to dantejskie sceny przed oczami... i nie były to wielbicielki wyspy Lesbos! Wierzcie mi, po prostu takie ciężkie warunki tam panują... Wszyscy stwierdziliśmy, że to raj na ziemi. Szybko minął żal po losowaniu, który zesłał nas tutaj, a po którym mogliśmy wpaść do Aten, Ankary czy Ljubliany... Ciężki los Wieszcza, milczeć, dusić w sobie i skrywać wielkie tajemnice, o raju na ziemi...
niedziela, 25 listopada 2007
Za grosz
Czasem, sam nie wiem czemu, zaczepiają mnie na ulicach, dworcach, parkach różni ludzie i proszą o drobne. Zawsze kiedy mogą podejść do kogokolwiek innego, wybierają mnie właśnie. Patrzą prosto w oczy i startują ze swoim błagalnym atakiem. Mają wszelakie wymówki, historyjki, usprawiedliwienia, opowieści. O uciekających pociągach, drobnych na bilet, składkach na wino, kanapkę, itd itp. Zawsze do mnie. Mam to chyba po swojej matce, która od kiedy pamiętam zaczepiana jest przez okoliczną żulię, i zawsze z tą samą umartiwoną twarzą oddaje im swój wdowi grosz. Zaczepiają mnie a ja zakładam na chwilę aureolę, zmywam wszelkie grzechy groszowym datkiem, i tak kontent idę przed siebie, pyszniąc się, że przecież mogłem Nic im nie dać. Zupy
Wracamy! Wyświetleni na nowym desajnie, jeszcze bardziej nieczytelni i rażąco bezczelni. Już niedługo zalejemy was silikonem, tańcami na lodzie i innymi fekaliami, prosto z sufitu. Z kuchni włoskiej do polskiej, jeszcze bardziej najsi niż wajsi!
sobota, 17 listopada 2007
Kongres WN
Wiele ostatnio zmian u tego i owego Wieszcza. Decyzja sądu koleżeńskiego już wkrótce.
x
sobota, 22 września 2007
A po nocy dzień
Jestem sobie w mieście Poznań. Mieście, którego mieszkańcy słyną z gospodarności i zaradności. Chodzę po ulicach, zaglądam do knajpek, mam tutaj nawet kilka swoich ulubionych. I tak sobie przypominam jak ledwie kilka miesięcy temu, stałem w tłoku, ściśniety z tłumem, podobnych jak ja, żadnych kultury osobników, którzy brali udział w poznańskiej Nocy Muzeów. Było miło, choć jak już wspomniałem, trochę tłoczno. Dzisiaj chodzę po mieście i widzę nową ofertę, Noc Naukowców, czy pójdę na nią? Jeszcze nie wiem, ale wiem jedno. Wiem, że potrzebna jest nam wszystkim kolejna noc, dostępna dla Wszystkich. Zwłaszcza tutaj, w Poznaniu. Mieście, które jak powrzechnie się przyjęło pojmować, pachnącym mamoną. Otóż nam Wszystkim, przydałaby się Noc Bankomatów. Noc, podczas której bankomaty otworzą przed nami swoje podwoje. Przyjmą nas z całą swą dobrocią. Przytulą niczym najlepsi rodzice, byśmy mogli rano przywitać nowy, szeleszczący banknotami, lepszy dzień.
środa, 19 września 2007
Skoro nie pan, to pani
No i Maleńczuk we Wrocławiu nie zagrał. "Święta kobiet" nie zaśpiewał. Nic to. My paniom możemy zgotować inne święto. Zagłosujmy na nie w najbliższych wyborach. To przecież one wydają nas na świat. Kochają nas bezgranicznie, niemal za Nic. Kochamy się w nich, kochamy się z nimi. Jak Nic, mus na panie głosować! |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Dzieje Idei Niczego w Miniaturze
Globalne NIC
Oni też są w drodze do Dharmy:
Zapraszamy do Soul Fastfood
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||